Niekonsekwentna matura 2008

maj 9, 2008 by Krzysztof Grudnik

Egzamin maturalny zawsze jest przedmiotem żywych dyskusji. Dotyczy co roku pokaźnej grupy osób zainteresowanych (zdających, ich rodziców, uczniów klas młodszych, nauczycieli, studentów polonistyki z dydaktycznym ukierunkowaniem itd.), przez co sporo o nim informacji w mediach. I ja chciałbym podzielić się kilkoma refleksjami nie dotyczącymi sposobu przeprowadzania, stopnia trudności i tym podobnych, popularnych tematów, lecz samej matury: jej merytorycznej zawartości i proponowanego przez CKE rozwiązania.

Przede wszystkim chodzi o pewną niekonsekwencję. Otóż według materiału obowiązującego w szkole średniej Lalka Bolesława Prusa to przykład prozy polskiego pozytywizmu, która jest “realistyczna do bólu”. Tymczasem tytuł wypracowania numer 2 brzmi: Sen jako sposób prezentowania postaci literackiej. Otóż cała tradycja oniryczna popularna niezwykle w czasach romantyzmu ni jak nie pasuje do realizmu pozytywistycznego!

Mało tego, fragment przykładowego rozwiązania, zamieszczony na stronie Centralnej Komisji Egzaminacyjnej zawiera zdanie: “Nachodzą ją czarne myśli, czarne jak zapadający za oknem zmierzch”, które sugeruje nawiązanie do sentymentalnej relacji nastroju bohatera i otaczającej przyrody. Znów zabieg zupełnie niezgodny z konwencją realizmu.

Trzecim tropem, na który może wpaść zdolny uczeń jest psychoanalityczna wykładnia snu. Czy psychoanaliza jest realistyczna? Być może, jeśli spojrzeć na nią jak na interpretacją sprowadzającą nierealne sny na racjonalne pragnienia. Problem w tym, że Lalka publikowana była w latach 1887-1889, tymczasem Objaśnienie marzeń sennych Freuda to rok 1899. Mógł Prus ubiec genialnego doktora o dziesięć lat, ale byłoby to odkrycie nielada.

Wnioski z tego nasuwają mi się dwa, albo

1. okłamuje się uczniów mówiąc im, że Lalka to powieść realistyczna,

albo

2. promuje się uczniów słabych, którzy nie mają pojęcia o tym, w jaką konwencję powinno wpisywać się Lalkę, przez co wolni są od “interpretacyjnych uprzedzeń”.

Oba rozwiązania są niepokojące.

To nie jedyny przykład niekonsekwencji w arkuszu maturalnym. Podobne pułapki czyhają w pierwszym temacie. Wiem, że Oda do młodości Mickiewicza to utwór bardzo dogłębnie omawiany w szkole. Chciałoby się go nazwać manifestem romantyków, i z pewnością nim jest, ale… tylko w treści! Otóż forma Ody do młodości jest nadal klasycystyczna. Może to “czepianie się”, jednak uważam, że taki dobór tekstu jest w pewnej mierze dezorientujący.

Przy okazji tematu pierwszego, zerknijmy raz jeszcze do propozycji odpowiedzi CKE. Znajdujemy tam następujące zdanie: “Tej determinacji i wiary w skuteczność podejmowanych działań brak młodym z końca wieku, w których imieniu wypowiada się Tetmajer (nie mamy odwagi i mocy).” (podkr. moje). Otóż to błąd. Tetmajer nie wypowiada słów “nie mamy odwagi i mocy”. Osobą mówiącą w wierszu jest podmiot liryczny, którego nie należy utożsamiać z autorem empirycznym! Od czasu śmierci autora ogłoszonej przez Rolanda Bathesa takie stwierdzenie jest w ogóle bez sensu.

Wydaje mi się, że to właśnie niekonsekwencja pomiędzy tym, czego uczeń dowiaduje się na lekcjach, a tym, co wymaga od niego egzamin naturalny, oraz silne uproszczenia będące w zasadzie błędami merytorycznymi są najpoważniejszymi zarzutami, jakie można postawić przed tegoroczną maturą.

Kończąc te wywody, chciałem oznajmić, że maturę z polskiego (jeszcze wtedy “starą”) zdałem kilka lat temu na ocenę celującą. I nie miałem wtedy pojęcia, czym jest neosemantyzacja…

SKF: Labirynt Fauna

maj 1, 2008 by Krzysztof Grudnik

Ponieważ wiadomo już, że kwietniowy numer magazynu Pre-text będzie najwcześniej numerem majowym, postanowiłem zachować resztki aktualności i opublikować w ramach bloga moje refleksje na temat kwietniowego spotkania Studenckiego Klubu Filmowego. Tekst ten ukaże się zapewne w kolejnym numerze Pre-textu, o czym poinformuję w stosownej chwili. Zapraszam do lektury.

Studencki Klub Filmowy: “Labirynt Fauna” (wprowadzenie dr Mirosława Wielopolska-Szymura), 17.04.2008, o godz. 18:00.

Spotkania Studenckiego Klubu Filmowego to inicjatywa miłą, choć zróżnicowana pod względem poziomu. Mniejsza o poziom filmu, skupmy się chwilowo na otoczce. Wydaje się, że ideą SKF nie jest popularyzowanie jakiegoś konkretnego kina, lecz pewnego typu odbioru, odbioru intelektualnego, refleksyjnego. Stąd nieodłączne elementy spotkań: prelekcja oraz dyskusja. I to właśnie one stanowią czynnik różnicujący poszczególne spotkania.

Ciężkie zadanie postawiono przed osobą, która miała wprowadzić widzów w “Labirynt Fauna”. Nie dlatego, że film jest trudny do interpretacji, lecz dlatego, że większość odbiorców miała zapewne w pamięci zeszło miesięczne wprowadzenie do filmu “Mała Miss”, którego dokonał dr Ryszard Koziołek. Było ono konkretne, zwięzłe, zwracało uwagę na ważne elementy. Poprzeczka została ustawiona bardzo wysoko. Myślę, że pani doktor Mirosława Wielopolska-Szymura nawet jej nie strąciła, potknęła się gdzieś na rozbiegu…

Przede wszystkim nie ma potrzeby przytaczania encyklopedycznej (czy nie należałoby dziś napisać: wikipedycznej?) wiedzy na temat reżysera i całego jego dorobku filmowego. Z pewnością spora część publiczności “wyłączyła się” już po kilku pierwszych zdaniach. Dalej - warto zastanowić się nad gatunkiem. Pani Doktor, w zależności od potrzeby, określała “Labirynt Fauna” jako horror lub fantasy. Nie padła zbitka horror-fantasy czy fantasy-horror, ale wszystkie te kategorie wydają się chybione. Jako horror film ten się nie sprawdza, bo choć zawiera sceny mocne, brutalne, drastyczne, to nie straszne. Jedna może scena wpisywała się w konwencję horroru, ale to za mało, by rozciągać kategorię na cały film. Co zaś tyczy się fantasy - to termin nadal bardzo płynny, niewyraźny, i w zależności od rozumienia, będzie on tutaj lub nie będzie adekwatny. Ponieważ jednak padał w kontekście takich dzieł jak “Władca pierścieni” czy “Opowieści z Narnii”, a nie -a na przykład - “Mistrz i Małgorzata”, przeto i ten trop prowadzi raczej na manowce.

Kategorią gatunkową, jaka nasuwa się przy “Labiryncie Fauna” jest nic innego, jak popularny dziś realizm magiczny, w stylu Marqueza czy Carter (choć biorąc pod uwagę okręg kulturowy - bardziej Marqueza). Polega on na współistnieniu świata realnego i magicznego, przy czym mogą one wzajemnie na siebie oddziaływać. Bardzo często - tak jest i w tym przypadku - niepewny pozostaje status świata magicznego, który może być odbierany jako wytwór fantazji, ale, to ważne, fantazji twórczej, posiadającej moc kreacji, oddziaływania na świat rzeczywisty (czyli - w ostatecznym rozrachunku - magicznej).

“Labirynt Fauna” jest filmem, który pozwala na kilka różnych odczytań. Ponieważ każdemu, w miarę krytycznemu odbiorcy, historie o złych faszystach i biednych, ale dobrych opozycjonistach wychodzą bokiem już gdzieś w liceum, atrakcyjniejszym wydaje mi się odczyt sugerowany przez dobór wspomnianego wcześniej gatunku, a więc spojrzenie na film nie jak na następny bilans ludzkiej kondycji psychicznej w perspektywie zagrożenia totalitaryzmem, lecz jak na opowieść inicjacyjną, w której bohater (bohaterka) przejść musi przez szereg prób, by na końcu wyzbyć się własnego ego i przeskoczyć Otchłań bez wpadania w sidła Chorozona. Ale odłóżmy na bok kabałę. W interpretacji, ku której się skłaniam, i do której namawiam Czytelników, przedstawione w filmie tło wojny jest jedynie wyraźnym ukazaniem tego, że zastana rzeczywistość nie przystaje do wymagań jednostki (stąd tez dobór anty-jednostkowego systemu faszystowskiego, lecz należy pamiętać, ż partyzanci to komuniści, więc wyznawcy systemu równie anty-jednostkowego). W związku z tym musi owa jednostka przenieść swą świadomość na wyższy poziom, do jakiejś nad-rzeczywistości (może w kontekście chtonicznym lepsze byłoby określenie pod-rzeczywistości). Wiąże się to z koniecznością wyzbycia się przywiązania do doczesnych rzeczy i emocji, co bywa trudne i bolesne. Doskonale, a zarazem bardzo subtelnie, podkreślają to pojawiające się w filmie (w książkach Ofelii) ilustracje Karla Wilhelma Diefenbacha, słynnego autora cyklu “Per aspera ad astra” (”Przez ciernie do gwiazd”).

Przed krytykiem, który bierze udział w pewnym kulturalnym wydarzeniu, jakie później ma opisać, rysuje się dylemat: czy powinien on - jeśli istnieje taka możliwość - brać w nim czynny udział? Tym razem uznałem, że nie, i dlatego po emisji jedynie przysłuchałem się dyskusji, nie zabierając w niej głosu. niestety, dyskusja wypadła miernie. Pominąwszy fakt, że 90% widzów opuściło salę tuż po projekcji (być może wstęp nie zachęcił ich do pozostania, mnie również - zostałem z obowiązku), trzeba przyznać, że pozostała część również niewiele miała do powiedzenia. Grad pytań, jakim pani doktor Mirosława Wielopolska-Szymura starała się rozpaczliwie wzniecić jakąkolwiek wymianę zdań, sprawił, że nie zarysował się jakikolwiek uporządkowany tok, wszystkie wypowiedzi były luźnymi refleksjami, bez wzajemnego powiązania.

A jednak jest coś w spotkaniach SKF, co sprawia, że chce się na nie przychodzić: nadzieja, że doskonały pomysł spotka się z doskonałą realizacją. Przy czym nie chodzi tutaj o kwestię organizacji, tej nie ma co zarzucić, to raczej marzenie o mądrze aktywnej publiczności i elokwentnym (w)prowadzeniu.

Czy Częstochowa zgodzi się na “Obciąganie mózgu”?

kwiecień 28, 2008 by Krzysztof Grudnik

[...] czułem, że język podręczników i wykładowców jest na ogół jałowy. Jakby zajmowanie się sztuką paraliżowało ich lingwistyczny polot i studziło żar ekspresji. Uniwersyteccy studenci historii sztuki odczuwali to w stopniu znacznie mniejszym niż ich koledzy z wydziałów artystycznych, doświadczający sztuki w praktyce i bardziej od strony kuchni, ale tak jedni jak i drudzy byli w tym poglądzie zgodni. Język historiografów wszystkim nam wydawał się suchy i trochę chybiony.

(Henryk Waniek, Moja?, “Pokaz”, nr 33/34, 2001 r., s. 27)

Namówiony przez koleżanki do wysłania zgłoszenia na częstochowską konferencję naukową Język. Teatr. Literatura , długo zastanawiałem się nad tematem ewentualnego wystąpienia. Nie chciałem zamykać się po raz kolejny w ramach modernizmu, a jednak pragnąłem pozostać w obszarze tradycji bliskiej mi osobiście. Zachęcony powyższym fragmentem postanowiłem, że sięgnę po książki Roberta Antona Wilsona. Chciałbym pokazać ich oryginalność, nowe spojrzenie na literaturę, na język i na rzeczywistość.

Zajęcie się tekstami Wilsona jest też próbą przełamania akademickiej nudy konferencyjnej. Walką z przekonaniem, że wszystko, co zostanie sprowadzone do statusu naukowego, musi być nieatrakcyjne dla przeciętnego odbiorcy. Nie ma w tym chęci prowokacji ni czegoś podobnego.

Temat, jaki zgłosiłem, brzmi następująco: Obciąganie mózgu. Roberta Antona Wilsona koncepcja literatury i rzeczywistości. Czy komitet organizacyjny zgodzi się na coś takiego? Zobaczymy.

Astrukaturalizm jako doświadczenie osobiste

kwiecień 23, 2008 by Krzysztof Grudnik

Prelekcja prof. Michała Głowińskiego (Strukturalizm jako doświadczenie osobiste), jaka miała dziś miejsce na wydziale polonistyki UŚ, skłania do przemyśleń na temat obecnej kondycji strukturalizmu. Ściślej: swoista anty-moda na strukturalizm wydaje się oczywista, ale ciekawe są powody, dla których owa metodologia znalazła się w tak niewygodnym położeniu. Wydaje mi się, i o to próbowałem zagadnąć Pana Profesora, że to kwestia uzasadnienia zajmowania się literaturą.

Chodzi mi o to, że wszystkie obecne (obecnie modne) teorie literatury wychodzą od tekstu w rozumieniu literatury pięknej, ale dochodzą do pewnego rodzaju nad-tekstu rozmaicie rozumianego (czasem droga jest obustronna, jak w psychoanalizie, gdzie nad-tekst rozumiany jest, jako treść czy kondycja ludzkiej psychiki). Konsekwencją takiego wyjścia, jest podkreślenie uniwersalności literatury, jej miejsca w porządku kosmicznym o budowie hermetycznej: pewien świat (niekoniecznie świat przedstawiony, także jakiś światek metodologiczny, psychologiczny, względnie ideowy) wpisany w tekst literacki znajduje swoje odbicie, odzwierciedlenie w świecie wpisanym w tekst “kosmosu”.  Paralelna budowa tekstu (lub interpretacji tekstu) i świata rzeczywistego (na różnych płaszczyznach) pozwala na zgłębianie świata poprzez zgłębianie tekstu (czyli dochodzenie do nad-tekstu przez tekst literacki).

Takiej paraleli nie dostrzegam w strukturalizmie. Jawi mi się on jako sztuka (interpretacji) dla sztuki (interpretacji), i nic ponad to.

Choć strukturalizm popada w zapomnienie w środowiskach akademickich, trzeba pamiętać o tym, że istnieje środowisko, w którym ma się on świetnie. Mam tu na myśli środowisko szkolne. Pedagodzy wykształceni lata temu są - świadomie czy nie - strukturalistami i większość z nich poza strukturalizm nie wyszła. Analizy i interpretacje szkolne były zawsze analizami i interpretacjami strukturalnymi. To wygodne o tyle, o ile strukturalizm jest sprawdzalny. Nie wymaga od nauczyciela innej pracy, niż odczytanie tekstu i zweryfikowanie informacji zawartych w pracy ucznia. Przy czym efekty tego są fatalne na poziomie motywacji. Ponieważ strukturalizm ogranicza się do tekstu literackiego, zamyka się w tekście literackim, uczniowie mają poczucie nieżyciowości literatury. Stąd upadek czytelnictwa, skażonego przez strukturalizm, pierwszą metodologię, z jaką styka się każdy z nas.

Jekyll & Hyde w chorzowskim Teatrze Rozrywki

kwiecień 5, 2008 by Krzysztof Grudnik

afisz

Muszę przyznać, że musicale jakoś wcześniej wywierały na mnie raczej negatywne wrażenie. Jednak ostatnio obserwuję tu pewien zwrot. Może on wynikać z dopasowania produkcji do mojego gustu albo do zmiany gustu jako takiego. W każdym razie po filmie Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street z Johnnem Deppem i Heleną Bonham Carter w rolach głównych, postanowiłem wybrać się do chorzowskiego Teatru Rozrywki na adaptację powieści Roberta Louisa Stevensona Doktor Jekyll i pan Hyde.

Ta neoromantyczna opowieść o doktorze Henrym Jekyllu, który w wyniku przeprowadzanych na sobie samym eksperymentów naukowych zamienia się w demonicznego pana Hyde’a, stała się podstawą wielu przedstawień, nie tylko teatralnych, ale także - a raczej przede wszystkim - filmowych. Bardzo często owe adaptacje bywały uwspółcześniane. Całe szczęście, Teatr Rozrywki wystawia wersję w miarę wierną oryginałowi. Z drugiej strony, uważny widz bez problemu zaktualizuje fabułę opowieści w procesie interpretacji. Historia ta porusza szereg tematów uniwersalnych, jak ontologia dobra i zła, relatywizm normalności, pochodzenie agresji, zwierzęcość i demoniczność jako część ludzkiej osobowości, itd.

Przy okazji powraca temat, który Stevenson mógł (choć nie musiał) wpisać w swą powieść zupełnie nieświadomie: otóż rola substancji psychoaktywnych (narkotyków) w kształtowaniu czy też stanowieniu osobowości. Przecież już w czasie amerykańskiej rewolucji narkotykowej, badacze tacy, jak Albert Hofmann czy Timothy Leary głosili możność realnej ingerencji w ludzką psychikę (tak zwane wdruki) przy użyciu środków psychodelicznych.

Ale wróćmy do samego przedstawienia. Jak zwykle, w każdym niemal musicalu, razi mnie liryczność dialogów. Ot, taki paradoks. Przedstawienie dramatyczne opierać się powinno (moim zdaniem) na błyskotliwych dialogach. Tym czasem musicale, by umożliwić aktorom wykonywanie piosenek, składają się w dużej części z monologów, które niewiele do samej fabuły wnoszą. Przez to robi się z tego teatr romantyczno-sentymentalny, miałki, gdzie każdy jeno wzdycha, użala się nad sobą i nad światem.

Poza tym minusem, który w przypadku musicalu musi być bardzo ciężko przeskoczyć, Jekyll i Hyde to dzieło robiące ogromne wrażenie, dopracowane w każdym fragmencie. Dobra gra aktorów, doskonałe kostiumy i dekoracje i - najlepsze ze wszystkiego - sceny zbiorowe z udziałem zespołu tanecznego. Taniec pacjentów szpitala psychiatrycznego, którzy chaotycznie, a zarazem w przemyślany sposób, rzucają się po scenie w kaftanach bezpieczeństwa, lub taniec cieni - wypadają genialnie.

Cały spektakl bardzo mroczny. Gotycki, w podwójnym rozumieniu tego słowa. Po pierwsze, w rozumieniu literackim (gotycyzm), jako pewna estetyka, zbiór elementów (dekoracji, scenerii, zachowań, usposobień i konstrukcji fabuły) charakterystycznych, mających swe początki w przedromantycznym ruchu literackim z połowy XVIII wieku. Po drugie, w rozumieniu współczesnym, jako subkultura (subkultura gotycka), która także wykształciła (czy też skompilowała) swój charakterystyczny okręg semiotyczny. Tak więc w przedstawieniu, obok duchów, wariatów, ożywających cieni, szaleńców, demonów, zobaczymy również lateksowe kostiumy, pejcze i tak dalej. Takie zestawienie - które w zasadzie można uznać za jedyne uwspółcześnienie - niektórym przypadnie do gustu, innym zupełnie się nie spodoba. Ja w każdym razie je kupuję.

Zachęcam do obejrzenia przedstawienia. Jest dobre jako takie, a jako musical (do którego przykładam skalę trochę inną), jest doskonałe. Na koniec kilka zdjęć ze strony TR, na zachętę: