Obrona

czerwiec 19, 2009 by Krzysztof Grudnik

Wczoraj (18 czerwca) udało mi się obronić moją pracę magisterską i tym samym zdobyłem tytuł magistra, ukończyłem studia polonistyczne. Nie było, rzeczy (nomen omen) jasna, żadnej iluminacji. Nie dostąpiłem wtajemniczenia, inicjacji, nic z tych rzeczy. Świat wygląda tak samo i w zasadzie nawet nie pamiętam, że jestem magistrem.

Wszystko jakoś się rozmyło. To znaczy nagle skończyły się zajęcia, seminarium przemieniło się w konsultacje, sprawy papierkowe każdy załatwiał na własną rękę. Broniłem się sam, w tym dniu nie podchodził do egzaminu nikt z mojej grupy seminaryjnej. A jednocześnie były osoby, które do-trzymywały mi towarzystwa i pod-trzymywały mnie na duchu, za co im oraz pozostałym, trzymającym za mnie kciuki,  przy okazji serdecznie dziękuję.  Wracając jednak do meritum:  obrona zajęła chwilę, wizyta w dziekanacie też. Potem piwo z grupą dopingującą, drugie i do domu. Za około 2 tygodnie proszę odebrać dokumenty. Nic i nic. I kiedy wspomnę sobie obrazki znane z amerykańskich filmów, myślę, że jednak trochę tracimy. Nie lubię szopek, ale tracimy cenny rite de passage, pewien element psychicznej higieny, symboliczny koniec, który jednocześnie jest początkiem. To wszystko, jeśli się odbywa, ma miejsce na peryferiach, poza oficjalnym i uznanym nurtem. A szkoda.

Paranormal romance albo konkurencja dla Stephenie Meyer

czerwiec 11, 2009 by Krzysztof Grudnik

Żyjemy w czasach ciekawych dla literaturoznawcy. Są one tak dynamiczne, że mamy możliwość obserwowania, jak co chwilę powstają nowe gatunki literackie. Głęboka komercjalizacja rynku wydawniczego przyspiesza cały proces przenikania się gatunków, by wydać jak najszybciej nowy produkt. Ale wszystko to zatrzymuje się na pewnym poziomie, na którym bardziej opłacalna staje się szablonowość.

Kiedy odbywałem praktyki dydaktyczne w  katowickim gimnazjum uznałem za sprawiedliwe podjęcie lektury jednej książki poleconej mi przez uczniów. Ponieważ w wieku gimnazjalnym i w tego typu inicjatywach większą aktywnością wykazują się dziewczynki, dostałem szybko Zmierzch Stephenie Meyer. Było to jeszcze przed kinową adaptacją pierwszej części owej trylogii i nie wiedziałem, że czytam największy kasowy hit roku ;) Książka nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia (choć ucieszyło mnie, że jest to pozycja znana dużej części klasy, co znaczy że czytelnictwo wcale nie wymarło) i być może zapomniałbym  o niej, gdyby nie późniejsza wszędobylskość reklam filmu na jej podstawie. Ale reklamy także nie są wieczne i znów przygody Belli i Edwarda osuwały się  w moją niepamięć, kiedy przeczytałem sensacyjne doniesienia ;) o tym, że Meyer znalazła godną siebie konkurentkę w osobie Cassandry Clare. To może także by mnie nie ruszyło, jednak cały ten medialny szum wyłonił gdzieś na swych marginesach termin paranormal romance, który miał być określeniem nowego gatunku, w jaki wpisują się książki pani Meyer i pani Clare.

Czym jest paranormal romance? To podgatunek  romansu zawierający pewne elementy fantasy czy science fiction. Akcja osadzona jest zwykle w czasach współczesnych lub z niewielkimi tylko odchyleniami od teraźniejszości. Świat przedstawiony imituje ten znany nam zza okna, tyle, że wzbogacony jest o pewne elementy nadnaturalne, głównie wśród postaci: wampiry, anioły, demony, duchy, wróżki, czarnoksiężnicy i tak dalej. Czasem istnienie tych postaci wchodzi w zakres wiedzy ogólnej, tzn. każdy człowiek świadomy jest ich współegzystencji, częściej jednak zdarza się, że tylko główni bohaterowie wiedzą (a czasem tylko oni widzą) o prawdziwej tożsamości owych nie-ludzi.

No i oczywiście tłem dla wszelkiej akcji jest romans między główną bohaterką a jej nadnaturalnym wybrankiem. Wszystko to wywodzi się po części może z książek Anne Rice, po części ze znanego telewizyjnego serialu o przygodach Buffy, pogromczyni wampirów. Oryginalnością specjalnie nie grzeszy, ale jakimś przypomnieniem, odświeżeniem można to nazwać.

Ale świeżość jest zawsze tylko czasowa. I tak oto paranormal romance zdążył już skostnieć, upowszechnić się i popaść w szablony. Dowodem na to są wytyczne dla pisarzy, którzy chcą publikować w wydającym tego typu literaturę Juno Books, zamieszczone na stronie wydawnictwa. Otóż chcąc opublikować swoją powieść, musicie pamiętać o kilku niezmiernie ważnych zasadach: przede wszystkim głównym bohaterem musi być kobieta (dziewczyna w zasadzie), co oznacza, że jej obiektem westchnień musi być mężczyzna bo w tym akurat paranormal romance jest zupełnie “normal” i oddala się jak najdalej może od wzorowania na wspomnianej Anne Rice. Dalej: świat przedstawiony budowany jest na zasadzie urban fantasy, czyli do zwykłego miejskiego krajobrazu dodajemy jakieś fantastyczne stworzenia (największym wzięciem cieszą się wampiry, co oczywiście łatwo wytłumaczyć ze względu na ich seksualne powinowactwo, będące atutem przy wszelkich romansowych niedomówieniach). Postaci nie mogą rozwiązywać wszystkich problemów przemocą (szczególnie jeśli posiadają nadnaturalną siłę… książki byłyby wtedy przewidywalne), ale dobrze jest, gdy czasem przywalą (”broniąc obiektu swojej miłości” – piszą wydawcy). I jeszcze jeden wyznacznik gatunku: ze względu na wysokie ryzyko egzystencji wszelkich nadnaturalnych bytów oraz rzutowanie tego ryzyka na ludzi w ich otoczeniu – romans tego nowego typu posiada zawieszone zakończenie. Czytelnik/czytelniczka czuje się uprawniona do niewiedzy na temat tego, jak skończy się powieść. W przeciwieństwie do typowych romansów: tutaj teoretycznie wszystko może skończyć się źle. Ale – to ważne – nigdy oczywiście tak się nie kończy :)

Te wyznaczniki sprawiają, że gatunek wyczerpał się w ekspresowym tempie. Ponowoczesna tendencja do maksymalnego rozdrobnienia sprawia, że wąski  zakres w którym musi zmieścić się dana pozycja nie pozostawia pola do manewrów dla pisarza. Takie powielanie ma zapewnić czytelnikowi, że kupując książkę dostanie dokładnie to, czego oczekuje. I to nie jest dobre, ponieważ nie tylko ogranicza twórcę, ale także uniemożliwia odbiorcy jakiekolwiek zdziwienie, zaskoczenie, jakąkolwiek przygodność literatury.

Gordan Djurdjevic: Narodziny Nowego Eonu

maj 24, 2009 by Krzysztof Grudnik

Po miesiącach przygotowań światło dzienne ujrzały przetłumaczone przeze mnie Narodziny Nowego Eonu Gordana Djurdjevica.

Ten bardzo oryginalny a zarazem przemyślany esej zestawia ze sobą Thelemę – system ezoteryczno-filozoficzny stworzony przez Aleistera Crowleya na początku XX wieku, oraz postmodernistyczną a/teologię opisaną pierwotnie przez Marka C. Taylora. Djurdjevic wskazując na główne “momenty wspólne”, takie jak śmierć Boga, koniec historii, zanik podmiotu i zamknięcie księgi, pokazuje, że mimo silnej modernistycznej otoczki, sposób myślenia wpisany w Thelemę można odczytywać już jako myślenie postmodernistyczne.

Publikacja ta ma charakter wyjątkowy, ponieważ jest pierwszą na polskim gruncie pracą naukową poświęconą Thelemie i Aleisterowi Crowleyowi. Wszystkie publikacje z tego zakresu tematycznego, jakie ukazały się dotychczas miały charakter popularny. Oczywiście bzdurą byłoby twierdzenie, że właśnie z tego powodu jest ona lepsza, ale nie ulega wątpliwości, że jest przez to oryginalna.

Do tekstu załączona została także przedmowa do polskiego wydania, mój krótki szkic, Aleister Crowley: między modernizmem a postmodernizmem, bibliografia oryginalna oraz bibliografia w języku polskim.

Gordana Djurdjevic

Narodziny Nowego Eonu. Magija i Mistycyzm Thelemy z perspektywy ponowoczesnej a/teologii

Wstęp i tłumaczenie: Krzysztof Grudnik
Wydawnictwo 418,
38 stron, okładka miękka, 18 zł.

Książkę nabyć można u wydawcy:

http://418.com.pl/narodziny.htm

Tekst z dostawą do domu

maj 16, 2009 by Krzysztof Grudnik

Nauki humanistyczne rozrosły się znacznie. Skierowały swoje zainteresowania ku sferom kiedyś zupełnie marginalizowanym przez dyskurs naukowy. Cały ten “akademicki abjekt” powraca dziś z dużą siłą, może jeszcze nie w Polsce, ale na Zachodzie z pewnością. Jesteśmy w stanie odnaleźć tekst na niemal każdy interesujący nas temat, bez wzglądu na to jak jest nie/popularny, jak bardzo wydaje się błachy czy niepoważny, niski bądź śmieszny. Problem przesunął się raczej na kwestię dostępności tych tekstów.

Znalazłem ostatnio fragment bardzo ciekawego tekstu traktującego o jednej z subkultur. Niestety całość pomieszczona była w zbiorowej pracy niedostępnej na rynku Polskim ani nawet Europejskim. Sprowadzanie książki z Ameryki dla jednego artykułu przekracza nie tylko finansowe ale także zdroworozsądkowe możliwości polskiego studenta. Zasmucony tym faktem postanowiłem przyjąć inną strategię i skontaktowałem się z autorem tekstu poprzez e-mail.

W odpowiedzi autor, którego tekst mnie zainteresował, wyraził swą radość z faktu, że ktoś chce czytać jego publikacje, i to w tak egzotycznym dla amerykanów kraju. Oczywiście załączył też elektroniczną wersję tekstu, o którym wspominałem.

Internet sprawia, że wszystko staje się bliższe, dostępniejsze, choć czasem trzeba wyciągnąć po to rękę (myszkę). Zastanawia mnie jednak jaka byłaby odpowiedź polskiego badacza na analogiczną prośbę. Może kiedyś sprawdzę.

23. (Po)Nowoczesna kondycja przesądu

kwiecień 10, 2009 by Krzysztof Grudnik

W magisterskim zagonieniu chciałem tylko poinformować, że w najnowszym numerze czasopisma artPapier ( 7 / 2009) opublikowany został (po niewielkiej edycji) mój tekst z poprzedniej konferencji:

23. (PO)NOWOCZESNA KONDYCJA PRZESĄDU

Zapraszam do lektury i dzielenia się komentarzami.