Archiwum z kwiecień, 2008

Astrukaturalizm jako doświadczenie osobiste

kwiecień 23, 2008

Prelekcja prof. Michała Głowińskiego (Strukturalizm jako doświadczenie osobiste), jaka miała dziś miejsce na wydziale polonistyki UŚ, skłania do przemyśleń na temat obecnej kondycji strukturalizmu. Ściślej: swoista anty-moda na strukturalizm wydaje się oczywista, ale ciekawe są powody, dla których owa metodologia znalazła się w tak niewygodnym położeniu. Wydaje mi się, i o to próbowałem zagadnąć Pana Profesora, że to kwestia uzasadnienia zajmowania się literaturą.

Chodzi mi o to, że wszystkie obecne (obecnie modne) teorie literatury wychodzą od tekstu w rozumieniu literatury pięknej, ale dochodzą do pewnego rodzaju nad-tekstu rozmaicie rozumianego (czasem droga jest obustronna, jak w psychoanalizie, gdzie nad-tekst rozumiany jest, jako treść czy kondycja ludzkiej psychiki). Konsekwencją takiego wyjścia, jest podkreślenie uniwersalności literatury, jej miejsca w porządku kosmicznym o budowie hermetycznej: pewien świat (niekoniecznie świat przedstawiony, także jakiś światek metodologiczny, psychologiczny, względnie ideowy) wpisany w tekst literacki znajduje swoje odbicie, odzwierciedlenie w świecie wpisanym w tekst “kosmosu”.  Paralelna budowa tekstu (lub interpretacji tekstu) i świata rzeczywistego (na różnych płaszczyznach) pozwala na zgłębianie świata poprzez zgłębianie tekstu (czyli dochodzenie do nad-tekstu przez tekst literacki).

Takiej paraleli nie dostrzegam w strukturalizmie. Jawi mi się on jako sztuka (interpretacji) dla sztuki (interpretacji), i nic ponad to.

Choć strukturalizm popada w zapomnienie w środowiskach akademickich, trzeba pamiętać o tym, że istnieje środowisko, w którym ma się on świetnie. Mam tu na myśli środowisko szkolne. Pedagodzy wykształceni lata temu są – świadomie czy nie – strukturalistami i większość z nich poza strukturalizm nie wyszła. Analizy i interpretacje szkolne były zawsze analizami i interpretacjami strukturalnymi. To wygodne o tyle, o ile strukturalizm jest sprawdzalny. Nie wymaga od nauczyciela innej pracy, niż odczytanie tekstu i zweryfikowanie informacji zawartych w pracy ucznia. Przy czym efekty tego są fatalne na poziomie motywacji. Ponieważ strukturalizm ogranicza się do tekstu literackiego, zamyka się w tekście literackim, uczniowie mają poczucie nieżyciowości literatury. Stąd upadek czytelnictwa, skażonego przez strukturalizm, pierwszą metodologię, z jaką styka się każdy z nas.

M. P. Markowski: Polska literatura nowoczesna. Leśmian, Schulz, Witkacy

kwiecień 19, 2008

Dostałem wreszcie egzemplarz recenzencki wydanej przez Universitas książki Michała Pawła Markowskiego: Polska literatura nowoczesna. Leśmian, Schulz, Witkacy

okładka

Poniżej zamieszczam fragmenty napisanej dla wortalu Granice.pl recenzji:

Tym, co stanowi o świetności “Polskiej literatury nowoczesnej” jest jej spójność. Spójność uzyskana przez specyficzną relację, jaka zachodzi pomiędzy przedmiotem pracy a przyjętą metodologią, pomiędzy praktyką literacką trzech bohaterów a teoretycznym nastawieniem autora, pomiędzy sposobem rozumienia rzeczywistości a postrzeganiem historii literatury. Na czym ta relacja się opiera? Robert Anton Wilson – jeden z najwybitniejszych współczesnych agnostyków – zwykł powtarzać, że “nic nie JEST, wszystko tylko WYDAJE SIĘ BYĆ”. Podobne nastawienie na gruncie teorii literatury wyłoniło nurt zwany pragmatyzmem. Wcześniej Stanley Fish i Richard Rorty na Zachodzie, a teraz również Michał Paweł Markowski w Polsce postulują spojrzenie na literaturę (a pośrednio także na rzeczywistość) w sposób zgoła odmienny.

* * *

Pragmatysta jest lekkoduchem badań literackich. Niczym tarotowy Głupiec odrzuca kajdany tradycji oraz ciężar autorytetów i lekkim krokiem zmierza ku nowym, dziewiczym obszarom myśli historyczno czy krytycznoliterackiej. Takie wyswobodzenie może (choć nie w każdym przypadku musi – pamiętajmy, że niedaleko kroków Głupca znajduje się przepaść) implikować nowe ujęcia, zupełnie świeże, autorskie koncepcje pisane “od nowa” a nie będące polemiką, kompilacją czy poszerzeniem wcześniej opublikowanych prac.

I taka też jest “Polska literatura nowoczesna” – nowatorska, odkrywcza. Zamiast wikłać się w periodyzację, stawianie wewnętrznych cezur – co już robiono wiele razy i na wiele sposobów – Michał Paweł Markowski stara się spojrzeć na rzeczy jego zdaniem naprawdę istotne. Szuka odpowiedzi na pytanie zasadnicze: co stanowi o literaturze XX wieku? Czym jest w istocie (literacka) nowoczesność? Wysuwając tak bazowe pytania autor pomija zagadnienia wcześniej wyczerpująco podejmowane: szkół, prądów, kierunków, polityki i całej otoczki towarzyszącej literaturze, która sprawia, że historia literatury do tej pory zbyt wiele wspólnego miała z historią a za mało z literaturą.

* * *

Leśmian, Schulz i Witkacy – posiadłszy świadomość pragmatycznego odbioru rzeczywistości a także pośrednictwa języka w procesie odbioru świata – w pewnej mierze odwracają opisany proces: chcąc zbliżyć się do realnego zaburzają strukturę wypowiedzi. W rezultacie zostają niezrozumiani i odrzuceni przez współczesną im krytykę literacką.

Po latach owo niezrozumienie i specyficzny absurd są właśnie tym, co przyciąga nas do tych twórców. Ich dzieła otwierają się na coraz nowsze interpretacje. Zachowanie otwartości to kolejny mocny punkt “Polskiej literatury nowoczesnej”. Trzeba zauważyć, że Michał Paweł Markowski unika pozycji uzurpatora dzierżącego jedynie właściwe odczytanie. Choć oczywiście wykłada swą koncepcję interpretacyjną, to bardziej zachęca czytelnika do snucia dalszych, samodzielnych refleksji, niż zamknięcia się w takim a nie innym rozumieniu.

Sesja wczoraj i dziś…

kwiecień 12, 2008

prof. Bruce MacQueen:

Kiedy byłem w waszym (studentów – K. G.) wieku, sesja wyglądała trochę inaczej. Szczególnie dla mężczyzn. Wystarczyło nie zdać jednego przedmiotu i już następnego dnia dostawało się bilet na samolot do Wietnamu. Sesja nabiera zupełnie nowego wymiaru, kiedy za pałę dostaje się M-16…

Jekyll & Hyde w chorzowskim Teatrze Rozrywki

kwiecień 5, 2008

afisz

Muszę przyznać, że musicale jakoś wcześniej wywierały na mnie raczej negatywne wrażenie. Jednak ostatnio obserwuję tu pewien zwrot. Może on wynikać z dopasowania produkcji do mojego gustu albo do zmiany gustu jako takiego. W każdym razie po filmie Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street z Johnnem Deppem i Heleną Bonham Carter w rolach głównych, postanowiłem wybrać się do chorzowskiego Teatru Rozrywki na adaptację powieści Roberta Louisa Stevensona Doktor Jekyll i pan Hyde.

Ta neoromantyczna opowieść o doktorze Henrym Jekyllu, który w wyniku przeprowadzanych na sobie samym eksperymentów naukowych zamienia się w demonicznego pana Hyde’a, stała się podstawą wielu przedstawień, nie tylko teatralnych, ale także – a raczej przede wszystkim – filmowych. Bardzo często owe adaptacje bywały uwspółcześniane. Całe szczęście, Teatr Rozrywki wystawia wersję w miarę wierną oryginałowi. Z drugiej strony, uważny widz bez problemu zaktualizuje fabułę opowieści w procesie interpretacji. Historia ta porusza szereg tematów uniwersalnych, jak ontologia dobra i zła, relatywizm normalności, pochodzenie agresji, zwierzęcość i demoniczność jako część ludzkiej osobowości, itd.

Przy okazji powraca temat, który Stevenson mógł (choć nie musiał) wpisać w swą powieść zupełnie nieświadomie: otóż rola substancji psychoaktywnych (narkotyków) w kształtowaniu czy też stanowieniu osobowości. Przecież już w czasie amerykańskiej rewolucji narkotykowej, badacze tacy, jak Albert Hofmann czy Timothy Leary głosili możność realnej ingerencji w ludzką psychikę (tak zwane wdruki) przy użyciu środków psychodelicznych.

Ale wróćmy do samego przedstawienia. Jak zwykle, w każdym niemal musicalu, razi mnie liryczność dialogów. Ot, taki paradoks. Przedstawienie dramatyczne opierać się powinno (moim zdaniem) na błyskotliwych dialogach. Tym czasem musicale, by umożliwić aktorom wykonywanie piosenek, składają się w dużej części z monologów, które niewiele do samej fabuły wnoszą. Przez to robi się z tego teatr romantyczno-sentymentalny, miałki, gdzie każdy jeno wzdycha, użala się nad sobą i nad światem.

Poza tym minusem, który w przypadku musicalu musi być bardzo ciężko przeskoczyć, Jekyll i Hyde to dzieło robiące ogromne wrażenie, dopracowane w każdym fragmencie. Dobra gra aktorów, doskonałe kostiumy i dekoracje i – najlepsze ze wszystkiego – sceny zbiorowe z udziałem zespołu tanecznego. Taniec pacjentów szpitala psychiatrycznego, którzy chaotycznie, a zarazem w przemyślany sposób, rzucają się po scenie w kaftanach bezpieczeństwa, lub taniec cieni – wypadają genialnie.

Cały spektakl bardzo mroczny. Gotycki, w podwójnym rozumieniu tego słowa. Po pierwsze, w rozumieniu literackim (gotycyzm), jako pewna estetyka, zbiór elementów (dekoracji, scenerii, zachowań, usposobień i konstrukcji fabuły) charakterystycznych, mających swe początki w przedromantycznym ruchu literackim z połowy XVIII wieku. Po drugie, w rozumieniu współczesnym, jako subkultura (subkultura gotycka), która także wykształciła (czy też skompilowała) swój charakterystyczny okręg semiotyczny. Tak więc w przedstawieniu, obok duchów, wariatów, ożywających cieni, szaleńców, demonów, zobaczymy również lateksowe kostiumy, pejcze i tak dalej. Takie zestawienie – które w zasadzie można uznać za jedyne uwspółcześnienie – niektórym przypadnie do gustu, innym zupełnie się nie spodoba. Ja w każdym razie je kupuję.

Zachęcam do obejrzenia przedstawienia. Jest dobre jako takie, a jako musical (do którego przykładam skalę trochę inną), jest doskonałe. Na koniec kilka zdjęć ze strony TR, na zachętę: