Jekyll & Hyde w chorzowskim Teatrze Rozrywki

By Krzysztof Grudnik

afisz

Muszę przyznać, że musicale jakoś wcześniej wywierały na mnie raczej negatywne wrażenie. Jednak ostatnio obserwuję tu pewien zwrot. Może on wynikać z dopasowania produkcji do mojego gustu albo do zmiany gustu jako takiego. W każdym razie po filmie Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street z Johnnem Deppem i Heleną Bonham Carter w rolach głównych, postanowiłem wybrać się do chorzowskiego Teatru Rozrywki na adaptację powieści Roberta Louisa Stevensona Doktor Jekyll i pan Hyde.

Ta neoromantyczna opowieść o doktorze Henrym Jekyllu, który w wyniku przeprowadzanych na sobie samym eksperymentów naukowych zamienia się w demonicznego pana Hyde’a, stała się podstawą wielu przedstawień, nie tylko teatralnych, ale także – a raczej przede wszystkim – filmowych. Bardzo często owe adaptacje bywały uwspółcześniane. Całe szczęście, Teatr Rozrywki wystawia wersję w miarę wierną oryginałowi. Z drugiej strony, uważny widz bez problemu zaktualizuje fabułę opowieści w procesie interpretacji. Historia ta porusza szereg tematów uniwersalnych, jak ontologia dobra i zła, relatywizm normalności, pochodzenie agresji, zwierzęcość i demoniczność jako część ludzkiej osobowości, itd.

Przy okazji powraca temat, który Stevenson mógł (choć nie musiał) wpisać w swą powieść zupełnie nieświadomie: otóż rola substancji psychoaktywnych (narkotyków) w kształtowaniu czy też stanowieniu osobowości. Przecież już w czasie amerykańskiej rewolucji narkotykowej, badacze tacy, jak Albert Hofmann czy Timothy Leary głosili możność realnej ingerencji w ludzką psychikę (tak zwane wdruki) przy użyciu środków psychodelicznych.

Ale wróćmy do samego przedstawienia. Jak zwykle, w każdym niemal musicalu, razi mnie liryczność dialogów. Ot, taki paradoks. Przedstawienie dramatyczne opierać się powinno (moim zdaniem) na błyskotliwych dialogach. Tym czasem musicale, by umożliwić aktorom wykonywanie piosenek, składają się w dużej części z monologów, które niewiele do samej fabuły wnoszą. Przez to robi się z tego teatr romantyczno-sentymentalny, miałki, gdzie każdy jeno wzdycha, użala się nad sobą i nad światem.

Poza tym minusem, który w przypadku musicalu musi być bardzo ciężko przeskoczyć, Jekyll i Hyde to dzieło robiące ogromne wrażenie, dopracowane w każdym fragmencie. Dobra gra aktorów, doskonałe kostiumy i dekoracje i – najlepsze ze wszystkiego – sceny zbiorowe z udziałem zespołu tanecznego. Taniec pacjentów szpitala psychiatrycznego, którzy chaotycznie, a zarazem w przemyślany sposób, rzucają się po scenie w kaftanach bezpieczeństwa, lub taniec cieni – wypadają genialnie.

Cały spektakl bardzo mroczny. Gotycki, w podwójnym rozumieniu tego słowa. Po pierwsze, w rozumieniu literackim (gotycyzm), jako pewna estetyka, zbiór elementów (dekoracji, scenerii, zachowań, usposobień i konstrukcji fabuły) charakterystycznych, mających swe początki w przedromantycznym ruchu literackim z połowy XVIII wieku. Po drugie, w rozumieniu współczesnym, jako subkultura (subkultura gotycka), która także wykształciła (czy też skompilowała) swój charakterystyczny okręg semiotyczny. Tak więc w przedstawieniu, obok duchów, wariatów, ożywających cieni, szaleńców, demonów, zobaczymy również lateksowe kostiumy, pejcze i tak dalej. Takie zestawienie – które w zasadzie można uznać za jedyne uwspółcześnienie – niektórym przypadnie do gustu, innym zupełnie się nie spodoba. Ja w każdym razie je kupuję.

Zachęcam do obejrzenia przedstawienia. Jest dobre jako takie, a jako musical (do którego przykładam skalę trochę inną), jest doskonałe. Na koniec kilka zdjęć ze strony TR, na zachętę:

Tagi: , , , , , , , , , ,

Napisz odpowiedź