Archiwum z październik, 2008

W. Klimczyk: Erotyzm ponowoczesny

październik 18, 2008

okładka

Erotyzm we współczesnym świecie jest tematem tyle ciekawym, co ważnym. Brakowało w rodzimych studiach kulturowych pracy podejmującej to zagadnienie. Dotychczas dostępne na naszym rynku były jedynie przekłady zachodnich autorów (Baudrillard, Foucault), lub krótkie eseje polskich uczonych (Kołakowski, Szlendal), które z konieczności nie obejmowały całości zjawiska. “Erotyzm ponowoczesny” jest więc książką jednocześnie sumującą to, co dotychczas zostało powiedziane w tym temacie, jak i – w pewnej mierze – pionierską.
To rozbicie, z którego wynika obciążenie powinnością podsumowania dotychczasowych badań, rzutuje na wewnętrzną strukturę dzieła. Pisząc o erotyzmie ponowoczesnym, autor zdecydował się najpierw przybliżyć czytelnikowi (w sposób przystępny i dość ciekawy) czym jest ponowoczesność i jakie wyłania problemy. Następnie przedstawił dzwie różne koncepcje ponowoczesnej seksualności, sientia sexualis Michaela Foucaulta i plastyczną seksualność Anthonyego Giddensa. Wreszcie – postarał się o wpisanie ciała i cielesności w postmodernistyczne uniwersum. Dopiero po takim przygotowaniu czytelnika (które zajmuje łącznie około 135 stron, czyli przeszło połowę książki), Wojciech Klimczyk podejmuje się mówienia przejawów erotyzmu w ponowoczesnych środkach przekazu.
Można się długo spierać nad tym, czy takie rozwiązanie jest zasadne, czy nie. Z pewnością da się je poprzeć odpowiednimi argumentami. Dzięki takiemu wprowadzeniu. czytelnik niezorientowany w najnowszej filozofii będzie mógł książkę zrozumieć. Powstaje pytanie: czy tego typu czytelnik sięgnie w ogóle po “Erotyzm ponowoczesny”?Pisanie o postmodernizmie wcale nie zwalnia z postmodernistycznych dylematów. Widać to w pisarstwie Klimczyka, które rozpięte jest między dwoma biegunami: naukowością i atrakcyjnością. Z jednej strony stara się autor utrzymać uczony ton oraz wytyczne naukowej rozprawy, z drugiej strony zaskakuje i zaciekawia czytelnika. Gdy pogodzenie tego jest trudne, nie rezygnuje z żadnego elementu, ale przenosi część informacji do przypisu, co sprawia, że stanowią one pokaźny zbiór ciekawostek urozmaicających lekturę.Atutem rozprawy (mam na myśli gównie jej zasadniczą część noszącą taki sam tytuł, co cała książka, choć i we wcześniejszych, wprowadzających rozdziałach można znaleźć podobne akcenty) jest sposób ukazania głębokiej zależności nie tylko między składowymi elementami erotyki, ale również między dziedzinami kultury, sztuki i ekonomii, pozornie od erotyki oddzielonymi. Jak tłumaczy autor:
“Nie sposób bowiem udawać, że ponowoczesny erotyzm to sprawa pożądania i rozkoszy dla nich samych. W świecie naczyń połączonych, gdzie sfery praktyki nachodzą na siebie, nie da się oddzielić emocji od ekonomii, fizjologii od konsumpcji. Nasze pożądanie jest kształtowane przez rynek tak, żeby owocowało konkretnymi decyzjami konsumenckimi, a przez to napędzało mechanizm produkcji i konsumpcji dóbr” (s. 96).
Przez takie wpisanie przedmiotu w rzeczywistość pozyskujemy bardzo ważne wrażenie zajmowani się czymś istotnym. Łatwo zbagatelizować erotyczny dyskurs, jednak konsekwencją takiego działania będzie brak pełnego zrozumienia współczesnego świata, który, czy się to nam podoba, czy nie, jest światem przeerotyzowanym.
Zrozumienie nie oznacza ulegnięcia. Wprost przeciwnie: demaskacja erotycznej retoryki, która jest jednym z głównych celów książki, pozwala ustrzec się błędów i pułapek czyhających w erotyczno dyskursywnych mediach. Ta demaskacja dotyczy głównie dwóch źródeł: popularnej, kolorowej prasy oraz pornografii w formie rozmaitych nośników, od filmów (znakomicie przedstawiona została historia kina pornograficznego) po strony internetowe.

Analiza wysokonakładowych magazynów dla pań (“Marie Claire”, “Cosmopolitan”, “Twój Styl”, “Claudia” i inne) i panów (“Playboy”, “Men’s Health”, “CKM” i inne) oraz tygodników polityczno-kulturalnych, jak “Polityka”, “Newsweek” czy “Przekrój”, ujawniła wysokie zainteresowanie tematyką seksu, oraz specyficzny dyskurs, który rodzić ma poczucie seksualnej niedoskonałości oraz potrzeby poprawy swej erotycznej sprawności. “Foucault miał rację – dyskursywizacja przyjemności jest tak samo rozkoszna jak sama przyjemność. A może nawet bardziej” (s. 170). Ostatecznie, przez rozmaite mechanizmy retoryczne i manipulacje, dochodzi do typowego dla postmodernizmu rozbicia: seks ma być czymś żywiołowym i spontanicznym, lecz prawdziwe erotyczne spełnienie wymaga przyswojenia olbrzymiej wiedzy teoretycznej i planowanego działania.Także pornografia, której rozwój, wpływ na kulturę masową oraz stan współczesny został szczegółowo opisany i przeanalizowany, wykazała tendencje ambiwalentne. Postuluje autentyczność i przypadkowość, będąc tworem sztucznym i wyreżyserowanym.

Dyskursywne rozerwanie, jakie staje się udziałem człowieka w przeniesionej w sferę kultury popularnej erotyce, rzutuje na jego kondycję psychofizyczną w ogóle. Autor zdaje sobie z tego sprawę i stara się podkreślać istnienie tej mentalnej pułapki. Robi to jednak z wyczuciem, bez popadania w ton moralizatorski.Dobry styl, wyczerpujące ujęcie tematu, zwarta, ogólna koncepcja sprawiają, że “Erotyzm ponowoczesny” to książka, po którą warto sięgać, do której warto odsyłać.

Koniunkcja Saturna z Uranem, czyli słów kilka (p)o praktykach i powrocie na uczelnię

październik 10, 2008

Coraz większy podziw budzi u mnie pan Dariusz Chętkowski. Tym razem nie chodzi o to CO pisze, nie o to JAK pisze, ale o samo to, ŻE pisze. Że pracując w szkole, pracując po szkole (bo tak wygląda rozkład zajęć nauczyciela), nadal znajduje czas, by niemal z codzienną regularnością dodawać wpisy na swoim blogu.

Ja tak nie potrafiłem.

Skończyłem wreszcie praktyki w gimnazjum i liceum. Mam już opinię, podpisane i podbite dzienniczki praktyk, teraz tylko złożyć to w sekretariacie katedry dydaktyki, odczekać do końca roku i – mam uprawnienia dydaktyczne. Ciężko tu mówić o jakiejś dumie, bo zdobycie takich uprawnień w ramach zajęć na uczelni nie jest niczym trudnym, podobne kwalifikacje zdobędzie połowa roku. Ale mimo wszystko jestem szczęśliwy i zadowolony… głównie z tego, że mam to już za sobą.

Wrażenia z praktyk? Trochę pozytywnych, bo są jeszcze klasy, które potrafią się zorganizować, potrafią się czymś zainteresować i rozmawiać (między sobą, ale na temat związany z lekcją) – o ile umiejętnie się te rozmowy moderuje. Trochę negatywnych, bo nowe systemy (maturalne, ocenowe) są zupełnie demobilizujące, bo renoma szkoły nie znajduje pokrycia w poziomie uczniów (hoduje się jednostki olimpijskie i różnokonkursowe, prowadzi wymiany z zagranicą i inne punktowane przedsięwzięcia, jednocześnie przepychając z klasy do klasy kompletnych głąbów i nierobów), bo większość nadal marzy o tym, by nic nie robić i wszelki wysiłek nauczyciela mający na celu urozmaicenie lekcji, wprowadzenie jakichś nowych, ciekawych elementów, w zderzeniu z nihilizmem przeciętnego ucznia przekonuje, że lepiej opierać się na gotowych scenariuszach lekcyjnych, wtedy to nie nasza, a cudza robota idzie w las.

Powrót na uczelnię równie przewidywalny. Chaos organizacyjny, intelektualny ostracyzm, barykady budowane z napisanych już książek, chroniące przed samodzielnym wysiłkiem i twórczym działaniem. Ogólnie rzecz biorąc -  przedsmak listopadowej koniunkcji Saturna z Uranem ;-)

Chciałem przy okazji serdecznie podziękować części moich wrześniowych uczniów, za kubek oraz kilka ciepłych i budujących słów. Nie będę Was tu personalnie wyliczał, sami dobrze wiecie, jeśli to o Was chodzi. Dziękuję.

Mod(er)nie

październik 4, 2008

Modernista – znaczy chłopak,
Co wszystko robi na opak;

(T. Żeleński)

:)