Oglądałem wczoraj relację z wykładu Dalajlamy we Wrocławiu. Choć nie poczuwam się do nadmiernej solidaryzacji z organizatorami, to mimo wszystko czułem się w pewien sposób zawstydzony, zażenowany. Już samo to, że “bilety na Dalajlamę rozeszły się w kilka dni”, brzmi jakby do miasta przyjechał cyrk… i samo przywitanie rzeczywiście odpowiadało tej cyrkowej atmosferze. Taki show, zupełnie nieadekwatny do osoby. Przedmowa prezydenta Wrocławia, który nie powiedział w zasadzie o niczym, co miałoby związek z Dalajlamą, sprawiła, że jeśli ktoś nie do końca orientował się kim w zasadzie jest Tenzin Gjatso, to nie wyszedł z tamtej hali mądrzejszy.
Za to wiedział sporo o “młodej tożsamości Wrocławia” i w ogóle o Wrocławiu. Zastanawiam się, czemu nie powtarzali słowa “Wrocław” po dwa razy… A nie, powtarzali! Na sam koniec spiker powiedział “Pokażmy, że Wrocław jest Wrocławiem”. Nie wiem, może nawoływał do zainicjowania jakiejś fali meksykańskiej na publice…
Wykład był taki sobie. W zasadzie nic nowego, wszystko to przeczytałem już wiele razy w książkach Dalajlamy, ale – tu byłem pozytywnie zaskoczony – było w nim naprawdę mało polityki.
Dalej miejsce miała seria pytań (pięciu) i odpowiedzi. Totalna kicha i porażka. Tylko jeden pan zadał merytoryczne pytanie (czy współczucie wobec wroga nie stawia nas w pozycji ofiary?). I była to jedyna osoba, która nie przedstawiła się do kamery i nie powiedziała, jaką instytucję reprezentuje. Pozostałe 4 osoby to przedstawiciele wrocławskich liceów, z czego – rzecz osobliwa – tylko jedna nie miała wady wymowy. Niestety ich pytania były albo płytkie (jak wygląda dzień J.Ś.?; z czym J.Ś. kojarzy się Polska?) albo radiomaryjne (co J.Ś. myśli o Wojtyle?). Było też jedno poprostu głupie: J.Ś. często spotyka się z młodzieżą – w jakim celu? Widać chłopak nie miał pojęcia o tym, kim jest Dalajlama i wymyślił sobie, że to taki buddyjski papież. Dalajlama wyjaśnił, że owszem, na spotkania z nim zwykle przychodzi sporo młodzieży, ale on sam nigdy ich nie zaprasza
Ale największą porażką była wymiana prezentów. Prezydent Wrocławia, zaraz po swoim pierwszym przemówieniu, otrzymał od Dalajlamy katak. Katak to dość długi, biały szal, ofiarowywany w dowód przyjaźni i szacunku. Zakłada się go i nosi trochę jak stułę. A prezydent Wrocławia owinął go wokół głowy niczym Wajda na festiwalu w Gdyni.
Po wykładzie Dalajlama dostał prezent od prezydenta Wrocławia. Prezent cokolwiek niegrzeczny. Otóż otrzymał od niego… krzyż :/ Krzyż jakiejś tam świętej z Wrocławia. Warto podkreślić, że katak nie ma znaczenia par excellance religijnego. Dalajlama nie ofiarował ani tanki, ani flagi modlitewnej czy młynka modlitewnego. Nic co by miało cokolwiek wspólnego z buddyzmem, jedynie z kulturą tybetu.
Jedyna pocieszająca sprawa to postawa Dalajlamy, który podczas drugiego wystąpienia prezydenta Wrocławia, tego ofiarującego, spokojnie zakładał i zawiązywał sobie buty, a gdy prezydent trochę zmieszany zawiesił głos, Dalajlama – nie podnosząc nawet wzroku – machnął tylko ręką by sobie nie przeszkadzał i mówił dalej
Na koniec jeszcze jedna wtopa organizatorów. Dalajlama jest politycznym przywódcą Tybetańczyków oraz dzierżawcą linii gelug, jednej z głównych i największych szkół buddyzmu tybetańskiego. Na pożegnanie wrocławski chór (niespecjalny swoją drogą) odśpiewał jakąś tybetańską pieśń ułożoną przez… XVII Karmapę! Karmapa to dzierżawca linii karma kagyu, INNEJ głównej szkoły buddyzmu tybetańskiego (najpopularniejszej w Polsce). Przekładając to na polskie realia – to trochę tak, jakby odwiedził nas papież, a polski chór wykonał pieśń ułożoną przez Lutra, tylko dlatego, że jest rodakiem papieża. Ech…