Wczoraj (18 czerwca) udało mi się obronić moją pracę magisterską i tym samym zdobyłem tytuł magistra, ukończyłem studia polonistyczne. Nie było, rzeczy (nomen omen) jasna, żadnej iluminacji. Nie dostąpiłem wtajemniczenia, inicjacji, nic z tych rzeczy. Świat wygląda tak samo i w zasadzie nawet nie pamiętam, że jestem magistrem.
Wszystko jakoś się rozmyło. To znaczy nagle skończyły się zajęcia, seminarium przemieniło się w konsultacje, sprawy papierkowe każdy załatwiał na własną rękę. Broniłem się sam, w tym dniu nie podchodził do egzaminu nikt z mojej grupy seminaryjnej. A jednocześnie były osoby, które do-trzymywały mi towarzystwa i pod-trzymywały mnie na duchu, za co im oraz pozostałym, trzymającym za mnie kciuki, przy okazji serdecznie dziękuję. Wracając jednak do meritum: obrona zajęła chwilę, wizyta w dziekanacie też. Potem piwo z grupą dopingującą, drugie i do domu. Za około 2 tygodnie proszę odebrać dokumenty. Nic i nic. I kiedy wspomnę sobie obrazki znane z amerykańskich filmów, myślę, że jednak trochę tracimy. Nie lubię szopek, ale tracimy cenny rite de passage, pewien element psychicznej higieny, symboliczny koniec, który jednocześnie jest początkiem. To wszystko, jeśli się odbywa, ma miejsce na peryferiach, poza oficjalnym i uznanym nurtem. A szkoda.
czerwiec 24, 2009 o 9:39 |
Wiem, że trochę nie na temat, ale gratuluję “obrony” i to przed dwoma (dwiema?) komisjami
)))