Wyróżnienie w konkursie MBP na recenzję książki współczesnej

Styczeń 22, 2010

MBP w Oświęcimiu przyznała mi wyróżnienie w konkursie na recenzję książki współczesnej (kat. do 25 lat). Sprawa osobliwa: o konkursie dowiedziałem się z sieci, polegał on na napisaniu recenzji jednej spośród wybranych przez organizatorów książek. Na liście znajdowała się tylko jedna jedyna książka, którą wcześniej przeczytałem. Był to… Zmierzch Stephenie Meyer! Zmierzch przeczytałem, bo ucząc w gimnazjum obiecałem temporalnym uczennicom (pozdrawiam serdecznie!), że przeczytam jedną zaproponowaną przez nie książkę. Wtedy jeszcze nie było ekranizacji, więc nie miałem się jak wykręcić, i spędziłem weekend nad tą powieścią. Jeśli umieszczenie jej na liście konkursowej było ze strony MBP prowokacją, to moja recenzja była w pełni konsekwentną odpowiedzią na tę prowokację. Pomyślałem, że warto przetestować swój warsztat w taki sposób. Podszedłem do sprawy z ironicznym dystansem, pisząc tekst, który nie był pozbawiony sensu, który umieszczał masowe dzieło w poważnym kontekście. Wszystko to było zabawą (dość krótką, bo tekst powstał w przeciągu kilkunastu minut), która okazała się zdobyć uznanie jury.

O konkursie możecie przeczytać na stronie MBP w Oświęcimiu. Tam też teksty nagrodzonych i wyróżnionych recenzji.


Krew jako nośnik magiczny w literaturze modernizmu

Styczeń 17, 2010

Poniżej prezentuję przybliżony tekst referatu, jaki wygłosiłem w 2008 roku na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego w ramach konferencji naukowej poświęconej tematowi krwi.


Krew jako nośnik magiczny w literaturze modernizmu

Przełom XIX i XX wieku pełen był znaczących przemian kulturowych oraz napięć, jakie zwykle takim ruchom towarzyszom. Także w sferze praktyk magicznych możemy zauważyć różne, często rewolucyjne zmiany. Przede wszystkim należy podkreślić wzmożone w tym czasie zainteresowanie okultyzmem wśród środowisk inteligenckich i artystycznych. Najwybitniejsi przedstawiciele epoki, wśród których Oscar Wilde, William Butler Yeats czy Artur Machen to tylko najczęściej wymieniane nazwiska, należą do licznych towarzystw i bractw o ezoterycznym charakterze. Podobnie w Polsce: Stanisław Przybyszewski w „Moich współczesnych” opisuje osobliwy wyścig, jaki prowadził z Tadeuszem Micińskim po niemieckich bibliotekach w poszukiwaniu rzadkich, magicznych traktatów.

W atmosferze przemian politycznych, społecznych i artystycznych, także środowiska okultystyczne dalekie są od stałości. U progu XX wieku, w Europie, wskazać możemy dwa systemy magiczne, które w dalszych latach ulegają syntezie. Na razie jednak wyraźnie dokonuje się podział na tradycję ezoteryki zachodniej i wschodniej. Ponieważ jednak obracamy się w kręgu europejskim, by uniknąć dezorientacji, tradycję zachodnią będziemy nazywać hermetyczną, tradycję wschodnią zaś, tantryczną.

Tradycja tantryczna to pewne novum. Popularność przyniosło jej założone przez Helenę Bławatską w 1875 roku w Nowym Jorku Towarzystwo Teozoficzne, które z czasem rozrosło się także w Europie. Podobnie rodzące się w tym czasie zainteresowanie buddyzmem należy przypisać do tej kategorii.

Problem tradycji tantrycznej jest taki, że jako system magiczny nie tworzy własnego systemu symbolicznego. Jeśli buddyzm ezoteryczny i magia taoistyczna mają pewne strukturalne cechy wspólne, to odnoszą się do (co najmniej) dwóch różnych systemów symbolicznych. Wszedłszy na grunt Europy, system tantryczny musiał przemycić pewne elementy wschodnich systemów symbolicznych lub zaadoptować symbole utrwalone w kulturze europejskiej. Tak czy inaczej, wymagało to czasu. W związku z tym w uprzywilejowanej pozycji stanął system hermetyczny. Systemy symboliczne, do których się odnosił, wpisane były w kulturę zachodnią, przez co były łatwiej rozpoznawalne oraz wykorzystywane w obiegu powszechniejszym.

Pociągało to za sobą daleko idące konsekwencje na gruncie literackim. Ponieważ literatura obraca się w kręgu danej kultury, wywołuje mity i symbole jakie w nią są wpisane. Z tego powodu literatura modernizmu realizuje ugruntowane już wzorce symboliczne i magiczne. Oznacza to, że na płaszczyźnie artystycznej odnajdziemy zdecydowanie więcej schematów możliwych do przypisania tradycji hermetycznej, niż tantrycznej.

Symptomatycznym jest, iż jeśli – w drodze wyjątku – jakieś dzieło, poprzez odwołanie do myśli Dalekiego Wschodu, przybliża się do systemu tantrycznego, przewartościowaniu ulegają zachodnie kanony symboli i motywów literackich. Tak dzieje się między innymi w przypadku dwóch powieści: „Wampira” Władysława Reymonta i „Próchna” Wacława Berenta. W obu powieściach pojawia się postać kobiety-wampira. Od standardowego ujęcia wampira różni się bezkrwawą dietą. Owe kobiety żerują na mężczyznach, pozbawiając ich energii, wywołując bądź to twórczą niemoc (Berent), bądź psychologiczną i emocjonalną destabilizację (Reymont). Zwracał na to uwagę Aleister Crowley, twierdząc, że w nowym eonie to nie krew będzie nośnikiem mana lecz sperma – to tłumaczy również, dlaczego w roli wampira występują kobiety, podczas gdy ich ofiarami padają mężczyźni.

Zwykle jednak literatura, w szczególności zaś poezja, która posiada silniejsze od prozy zakorzenienie w symbolach, odwołuje się do tradycji hermetycznej. Przy czym należy pamiętać, iż takie odwołania nie zawsze są celowe czy nawet świadome. Artysta, jako człowiek, otoczony jest wieloma wpływami społecznymi, podświadomie sam powiela czy też kompiluje bibliotekę własnych lektur. Zatem artyści, którzy w swych utworach realizują założenia hermetycznych systemów magicznych bardzo rzadko są adeptami wiedzy tajemnej. Są jednak przenikliwymi obserwatorami otaczającej ich rzeczywistości. Rzeczywistości, w której na przełomie XIX i XX wieku niemal iskrzyło od magii.

By mówić o krwi, jako o nośniku magicznym w hermetycznej tradycji, trzeba wpierw przybliżyć, czym się owa tradycja charakteryzuje. We wstępie do esejów Aleistera Crowleya, Dariusz Misiuna wymienia jej cztery zasadnicze elementy:

  1. teoria odpowiedników,
  2. idea żywej natury,
  3. wiara w wyobraźnię, jako pomost do świata magii i nośnik realnego doświadczenia,
  4. wiara w przemianę wewnętrzną jako źródło wiedzy.

Zobaczmy, jak część z nich realizuje się w wierszu Tadeusza Micińskiego „Wampir”.

Modlą się duchy ciemnych wód -

modli się serce krwawe.

W wnętrznościach mogił szlocha lud

i szlocha serce krwawe.

Armat śpiżowych tętni grzmot

i tętni serce krwawe.

Bagnety pełzną pijanych rot

i pełznie serce krwawe.

Zadrgały bruki rżniętych miast -

zadrgało serce krwawe.

Wampiry gaszą wieczność gwiazd

i gaszą serce krwawe.

Zhańbione ciała – pusty dwór -

zhańbione serce krwawe.

Wtem tryumfalnie zapiał kur -

i pękło serce krwawe.

Bez wikłania się w dogłębną analizę utworu, możemy zauważyć schemat, na którym został on oparty. Wiersz składa się z ośmiu dwuwierszy, pierwsze siedem zbudowane jest na podobnej zasadzie: pierwszy wers opisuje pewne wydarzenie ze świata zewnętrznego, któremu towarzyszy analogiczna reakcja „serca krwawego” w wersie drugim. Powtarzana konstrukcja załamuje się w ostatnim dwuwersie: gdy wraz z pianiem koguta wschodzi słońce, wampirze serce nie jest w stanie odpowiedzieć, gdyż pęka, uśmiercone słonecznym światłem. Wraz z nastaniem świtu wampiry tracą swą moc, jednak nim to się stanie, w nocy, wampirze wnętrze, specyficzny mikrokosmos, odpowiada temu, co dzieje się dokoła, makrokosmosowi, wpisuje się w magiczny porządek wszechświata właśnie poprzez krew.

Ale dlaczego akurat krew? Może dlatego, że „Wampiry gaszą wieczność gwiazd”? Gwiazda byłaby symbolem duszy, czymś, w co dusza przeradza się po śmierci ciała. Duszą, która uzyskała już status nieśmiertelności, dlatego „wieczną gwiazdą”. Jednakże wampir traci nieśmiertelność duszy na rzecz nieśmiertelności ciała. W związku z tym „gasi wieczność gwiazdy”. Zgaszona gwiazda nie jest już gwiazdą, ta, jak dusza pozbawiona nieśmiertelności przestaje być zasadniczo duszą.

Tak rozumiana gwiazda-dusza, zawieszona na firmamencie, wpisana jest w domenę Boga. Wampiry, czy to wywodzone z rodu Kaina czy z jakiegokolwiek innego źródła, były zawsze wyjęte spod boskiej pieczy, przeklęte. Jako stworzenia (cieleśnie) nieśmiertelne, często  obdarzone nadnaturalnymi zdolnościami, musiały posiadać jakieś źródło swej mocy, coś, co wpisywało je w porządek magiczny. I to właśnie krew stała się nie tylko ich pokarmem, ale także źródłem niezwykłej sprawności, siły i wielu innych atrybutów. Krew, która była źródłem mocy zsekularyzowanej. Nie boskiej, a z czasem również nie szatańskiej.

Chodzi o to, że modernistyczna świadomość ogłoszonej przez Nietzschego śmierci Boga, kazała szukać alternatywnego usankcjonowania zabiegów o charakterze mistycznym. Zwracano się, wzorem pozytywistów, ku naukowości, jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało. Formułując definicję magii Aleister Crowley podkreślał, że jest ona „nauką i sztuką czynienia zmian w zgodzie z własną wolą”. Motto redagowanego przez niego czasopisma „The Equinox” brzmiało: „metodą nauka – celem religia”. Wpisanie krwi w obieg naukowy oraz magiczny jednocześnie, odsyłało do zagadnień, które dziś nazwalibyśmy „obciążeniem genetycznym”. Ponieważ genetyka nie była wtedy na dzisiejszym poziomie, luki w nauce zastępowano mitami, co dzieje się nieprzerwanie od czasów antycznych. Wierzono, iż wola człowieka ograniczana jest przez jego krew. Że krew, w jakiś mistyczny sposób narzuca człowiekowi sposób bądź cel działania. Jednocześnie przez dziedzictwo krwi tłumaczono charakter, zachowanie oraz losy jednostki.

Przy stanach mistycznych, w magicznym transie, krew bywa przede wszystkim specyficznym łącznikiem. Na przykład w poemacie prozą „Requiem aeternam” Stanisława Przybyszewskiego, łączliwość owa realizuje się na dwa sposoby. Krew aktywizuje się w chwili uniesienia, seksualnej lub duchowej ekstazy i pozwala na pełne, niczym nie skrępowane połączenie się albo z uniwersum:

A gdy przestrzenie uciekać się zdają, a wszystko się w jakieś odmętne przepaści zwala jak w lej, gdy się ciężki kamień w wodę rzuci – gdy nie wiem, czy istnieję i stracę panowanie nad zmysłami – gdy tysiące lat powrotną falą przez mózg mój się przeleją, a ja na chwilę odczuwam się w całej przemożnej nagości mego bytu i z powrotem odzyskuję moją siłę rozrodczą, tak że staję się atomem, co sam siebie zapłodnić pragnie, kiedy krew wszechświata pieniącą się strugą leje się w żyły moje – wtedy odczuwam nieskończone, bezgraniczne szczęście, szerokie i głębokie jak atmosfera, co nad światem zaległa.

albo z drugą osobą:

Gdzieś z dołu dolatywały nas dźwięki jakiejś pijanej muzyki – poprzez zieloną, gęstą umbrę dżdżylo słabe dogorywające światło – i wtedy czułem, jak drgania Twego ciała udzielały się memu, jak się wwijały wężowym czołgiem w krew moją, jak serce w coraz to mniejszych odstępach bluzgało prądy krwi w tętnice, a w mózgu zadrżały dawno, dawno już nie trącane struny.

[...] Wpijam me rozżarzone usta w Twoje piersi, aż serce me się rozpiera od szczęścia, tak mocno upragnionego, tak silnie utęsknionego. Przytulam Twe smagłe ciało krwiożerczej samicy tak silnie do mego, że czuję bicie Twego serca na mej piersi i mogę liczyć jego uderzenia, że strumień krwi, co się w Twym ciele rozszalał, moje własne ciało w pieniący szał smaga, a Twe drgania rozkoszy gorącymi wężami mnie przebiegają.

Krew staje się tu ważnym pomostem, dzięki któremu podmiot mówiący może wyjść poza siebie samego, poza własne ego. W pierwszym przypadku roztapia się we wszechbycie, w drugim dostępuje mistycznego spojenia z partnerką, które nosi już znamiona tradycji tantrycznej, choć tu wciąż wpisuje się w hermetyczną symbolikę krwi.

Zauważmy w pierwszym cytacie nietypowe wyrażenie: „krew wszechświata”. Wszechświat jest pojęciem abstrakcyjnym, jego konkretyzacje zwykle przedstawiały go jako pewien mechanizm czy układ. Znana – i bardzo hermetyczna – jest idea żywej natury, ale żywy wszechświat, biologiczny wszechświat to coś bardziej oryginalnego. Czym byłaby krew wszechświata? Chyba jakimś nośnikiem ogólnoludzkiego doświadczenia.. U Przybyszewskiego krew często skażona jest doświadczeniami poprzednich pokoleń i determinuje poczynania bohatera. Byłaby więc „krew wszechświata” czymś podobnym do zbiorowej nieświadomości Junga. Mistyczna transfuzja jaka jest udziałem bohatera „Requiem aeternam” staje się pewną iluminacją.

Jeszcze ciekawiej, i jeszcze bardziej hermetycznie jawi się krew w wierszu Stanisława Koraba Brzozowskiego o incipicie „Nadchodzi noc”. Przyjrzyjmy się całemu tekstowi:

Nadchodzi noc; słońce strwożone ucieka

I broczy krwią.

Promienie jego najkrwawsze

Przez oczy

W mózgu mojego głąb

Zapadły.

Już przyszła noc. Ciemności najtwardsze wieka

Spadły na oczy:

Strwożony, wstecz zwracam wzrok –

W mózgu mojego głąb –

I widzę, jak w mojej krwi

Skąpane słońca promienie

– Najkrwawsze –

Goreją w żar i blask,

Przed którym noc pierzcha

Na zawsze!

Wiersz Brzozowskiego rozpoczyna się od typowej sytuacji młodopolskiej: zachodu słońca. Jednakże poprzez ożywienie tego obiektu, który w wierszu „broczy krwią” wpisany on zostaje w ren sam magiczny porządek żywej natury, co obserwujący zajęcie podmiot liryczny. Umożliwia to specyficzną komunikację: promienie słoneczne wnikają w podmiot liryczny. „Promienie najkrwawsze” właśnie ze względu na ową krwawość mogą wniknąć w ja liryczne.

Zauważmy, że w pierwszym wersie „strwożone słońce” ucieka przed nadchodzącą nocą. Przeciwstawienie światła i ciemności niesie za sobą ogrom znaczeń symbolicznych, dobra i zła, życia i śmierci, męskości i kobiecości, prawdy i fałszu, a także – co nas interesować będzie najbardziej  – wiedzy i niewiedzy.

Słońce zachodzi. Ostatnimi płomieniami przenika w głąb podmiotu lirycznego. Wkrótce i jego ogarnia zewnętrzna ciemność. Osłabieniu ulega percepcja podmiotu, z powodu mroku nie może nic zobaczyć. Wkracza w domenę nocy-niewiedzy. To doświadczenie wywołuje strach, trwogę tożsamą z trwogą słoneczną z pierwszego wersu. Podmiot zwraca więc wzrok ku sobie,  „w mózgu swojego głąb”.

Medytacja ta pozwala mu w sobie samym, w swojej krwi, dostrzec „słońca promienie”. Są one „najkrwawsze”, więc jakie? Najbardziej własne? Podstawowe, elementarne? Życiodajne? Być może. Ważniejsze jest jednak to, iż poza swą biologiczną naturą posiadają przecież także naturę solarną. To właśnie za sprawą „gorejących w żar i blask” promieni „pierzcha noc”. Ponadto doświadczenie to nie jest chwilowe. Ostatni wers wyraźnie nadaje jej charakter wieczny. Dlatego trzeba całe wydarzenie rozpatrywać nie jako jednostkowe rozwiązanie problemu niewiedzy, ale jako głęboką przemianę wewnętrzną podmiotu lirycznego, coś wymykającego się powtarzalności, coś trwałego i nieustannego.

Dzięki iluminacji udaje się przezwyciężyć ciemność. Jak jednak tłumaczyć to zjawisko? Na poziomie językowym jest ono proste: promienie rozświetlają mrok. Co jednak z poziomem symbolicznym? Jeśli światło wiedzy rozświetla czerń niewiedzy, cóż to jest za wiedza? I skąd czerpana? Możliwe, że jak u Przybyszewskiego, jest to wiedza płynąca z pewnego rodzaju powszechnego doświadczenia. Tylko, że doświadczenie takiej wiedzy jest ekstatyczne i momentalne, a w wierszu mamy do czynienia z czymś stałym i bardziej statycznym. Wróćmy zatem raz jeszcze do punktu, który nas w utworze najbardziej interesuje: do krwi. Czerwień zachodzącego słońca jest niczym krew podmiotu lirycznego. To skojarzenie niesie ze sobą poważne konsekwencje. Pozwala uświadomić sobie prawo zapisane na Tablicy Szmaragdowej: „To, co na górze, jest takie, jak to, co na dole”, to, co na zewnątrz, jest takie, jak to, co wewnątrz, mikrokosmos i makrokosmos wzajemnie się w sobie zawierają. I to właśnie ta Prawda, odnalezienie własnego miejsca i porządku we Wszechświecie, jest przyczyną iluminacji. Przed niż pierzcha mrok i ona pozwala przezwyciężyć ograniczenia percepcji. Nie samo doświadczenie wywołuje przemianę, staje się tylko źródłem interpretacji, która prowadzi do głębszego zrozumienia. Interpretacji możliwej za sprawą skojarzeń sangwinicznych.

Literatura modernizmu ocieka krwią. Jest ona motywem powtarzającym się w każdym wielkim dziele epoki. Zwykle jednak nie posiada ona tak wielkiego obciążenia symbolicznego, bardzo często jest szablonem ówczesnej stylistyki, elementem powtarzalnego krajobrazu poetyckiego. Jako symbol posiada także wiele innych konotacji: oznacza życie, śmierć, ofiarę, działanie, oczyszczenie, wtajemniczenie, namiętność i wiele innych. Tylko w niektórych szczególnych przypadkach stanowi nośnik magiczny. Przyjrzenie się owym szczególnym realizacjom topiki sangwinicznej pozwala nam zaobserwować odbicie wielu procesów i sytuacji charakterystycznych dla tamtej epoki. Ilustruje także historycznoliterackie potwierdzenie zasady hermetycznej, pokazuje mianowicie, że literacki makrokosmos prądów i tendencji epoki znajduje swe odbicie w realizacjach najwęższych, mikrokosmicznych motywów.

Krzysztof Grudnik


Z pamiętnika starego subiekta…

Styczeń 15, 2010

W 1867 roku Pierre Larousse zapisał w Grand dictionnaire universel du XIX siecle:

Subiekci w sklepach z nowościami <:> “Jest ich w Paryżu co najmniej 20 tys. [...] Bardzo wielu ma za sobą studia humanistyczne [...].”

(cyt. za: Walter Benjamin, Pasaże, s. 83)

Po prawie 150 latach pasaże zwą się galeriami handlowymi. Poza tym niewiele się zmieniło…


Zapraszam na poniedziałkową konferencję o Różewiczu

Styczeń 9, 2010

Koło Naukowe Polonistów

zaprasza na konferencję

Czytanie Różewicza. Wokół książki Kup kota w worku (work in progress)

Katowice, 11 stycznia 2010 r. (poniedziałek)

Wydział Filologiczny Uniwersytetu Śląskiego, pl. Sejmy Śląskiego, Sala Rady Wydziału

PROGRAM:

11:30 otwarcie konferencji – prof. zw. dr hab. Marian Kisiel

11:40 – 12:40

mgr Izabela Mikrut: Uśmiech bez kota. Różewicz jako satyryk i humorysta

mgr Krzysztof Grudnik: Ostateczne rozwiązanie kwestii niewyrażalności. Kilka uwag o tomie Kup kota w worku

Radosław Klimek: Kot wyciągnięty z worka. Krytycy o najnowszej książce Tadeusza Różewicza

13:00 – 14:00

Sabina Kwak: Kot w butach Tadeusza Różewicza. Strategia recyklingowa poety

Magdalena Piotrowska: Anioł Stróż Emeritus. O problemie starości w czasach kultury masowej

Aleksandra Bączek: Brawko za bezwstyd. Różewicza pytania o sztukę

14:15 – 15:15

Kamila Czaja: Jak odchudzić nieznośnie ciężki byt?  O damskim krawcu z paryża Tadeusza Różewicza

Barbara Englender: O rozkodowywaniu kultury, czyli Marii Magdaleny „życie po życiu”

Anna Szczepanek: Co auto daje człowiekowi? O auto (da! fé!), czyli Samochodziku Tadeusza Różewicza

Piotr Pochel: Tadeusza Różewicza intertekstualna gra z romantyzmem (i nie tylko) w wierszu mam żal do Ojca Adama


“Skini i inni postmoderniści”

Styczeń 8, 2010

W nowym “artPapierze” kolejna moja recenzja. Tym razem krytycznym okiem spojrzałem na książkę Davida Muggletona Wewnątrz subkultury. Ponowoczesne znaczenie stylu.

Muggleton nie wypytuje swoich rozmówców bezpośrednio o ich ideologie. Rozmawia z nimi o stylu – o tym, jak wyglądają, jak się ubierają i czym motywują swe (głównie garderobiane) wybory. W tym bowiem dopatruje się przejawów ideologii o wiele wyraźniejszych i czystszych, niż w prezentowanych poglądach. Z rozmów autora wynika zresztą wyraźnie, że brak jest bezpośredniego przełożenia zewnętrznego wyglądu na postawy i poglądy przyjmowane przez jednostkę. Popkulturowe wypranie subkultur z ideologii sprawiło, że to właśnie ten brak stał się najbardziej znaczący. Zupełnie jak z Baudrillarda: wygląd członka jakiejś subkultury (pełen wizualnych znaków) nie odsyła już do ideologii (znaczenia), a jedynie imituje dany styl. Jedynym, do czego odsyła wygląd współczesnego punka czy gota jest wygląd innych punków i gotów. Naśladowanie, powielanie i procesja znaków, które prowadzą do kolejnych znaków – subkulturowe symulakra. Tak ujmowany styl staje się sposobem oglądania (lub raczej: twórczego interpretowania) świata, który czyni go hiperrzeczywistym.

Całość do przeczytania tutaj.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.