Książki vs Wolny Rynek

Znów w sieci zrobiło się głośno za sprawą projektu ustawy wprowadzającej jednolitą cenę książki przez pewien okres od jej wydania. Czyli o przepisowym zniesieniu wszelkich zniżek i promocji na księgarskie nowości. O sprawie pisałem już w marcu – tych, którzy jeszcze się w niej nie rozeznali, odsyłam do tego wpisu.

Dziś postanowiłem odświeżyć temat, bo od marcowego wpisu moje stanowisko nieco się zmieniło. Choć nadal jest sceptyczne i wciąż raczej negatywne, to wobec całej tej internetowej nagonki na pomysłodawców, właścicieli księgarni, wydawców i komu by się tam jeszcze miało oberwać przy okazji, chciałem przemyśleć scenariusze mniej paranoiczne, niż ten, według którego rządowi zależy na ogłupianiu społeczeństwa, bo głupią masą łatwiej się rządzi, dlatego podejmuje kroku do minimalizacji czytelnictwa. Na pewno dla wielu taki scenariusz jest bardzo atrakcyjny (i sam skutecznie zastępować może niejedną narrację sf), jednak… cóż, nie wszyscy jesteśmy Korwinami.

Czytaj dalej

Reklamy

Głos w sprawie wegetarian. A właściwie mięsożerców

Dałem się niedawno wciągnąć w internetową „dyskusję” (uważam, że prawdziwe dyskutowanie w internecie jest niemożliwe, stąd cudzysłów, co nie znaczy, że wirtualna wymiana zdań jest zupełnie bezsensowna) o wegetarianizmie. Nieoczekiwanie zająłem w niej rolę obrońcy wegetarian, choć sam jem mięso dość regularnie. Moje stanowisko stąd się wzięło, że o ile nie interesują mnie specjalnie argumenty jednej i drugiej strony, o tyle zastanawia agresja, jaka powstaje przy tego rodzaju dyskusji, zwłaszcza zaś agresja po stronie „mięsożerców” (tak ich sobie będę w tym wpisie nazywał, dalej bez cudzysłowu). Jeśli jedzenie mięsa postrzegane jest przez wegetarian jako konsekwencja nieuniknionego okrucieństwa, to ich emocjonalne zaangażowanie, pewna agresja nawet, choć nigdy mile widziana, to jest przynajmniej zrozumiała. W drugą stronę nie jest tak łatwo – wegetarianie nie dopuszczają się przecież żadnej (moralnej) zbrodni, za którą mieliby zostać potępieni przez mięsożerców. Nie robią nic „więcej”, niż mięsożercy, ich postawa jest redukcjonistyczna, to znaczy ograniczają zasób swoich talerzy. Skąd więc zaciętość ataków mięsożerców? Bo przecież nie z faktu bycia drapieżnikiem 😉

Czytałem w sieci kilka tekstów dotyczących dyskusji wegetarianie-mięsożercy. Zwykle pisanych z perspektywy wegetarian i punktujących głupotę argumentacji strony przeciwnej. I w większości teksty te mają rację – nie tylko co do poziomu intelektualnego argumentów, ale też ich frekwencji. We wspomnianej rozmowie, w której wziąłem udział, pojawiła się większość z tych najbardziej typowych, kliszowych „argumentów”. Nie będę tu na nie odpowiadał, nie o tym jest ten wpis. Przywołam tylko jeden, mogący stanowić wstęp do rozmyślań nad dyskursywną postawą mięsożerców.

Uważam, że każdy ma prawo jeść to, co chce, i denerwuje mnie, gdy wikła to w jakąś ideologię.

Normalna sprawa – nie ma co oczekiwać, by na forum internetowym ktoś rozumiał, czym jest ideologia, i jak trudno się od niej dziś uwolnić. Jedzenie dawno zamieniliśmy na odżywianie, które jest zawsze podszyte taką czy inną ideologią. Są ludzie, którzy nie jedzą świń, są ludzie, którzy nie jedzą krów, są ludzie, którzy nie jedzą mięsa w piątki, i są tacy, co jedzą w piątki hot-dogi. I wszyscy robią to z różnych, lecz zawsze ideologicznych, powodów. Jedząc w McDonaldzie wspierasz pewną ideologię, pijąc w Starbucksie też. Jeśli decydujesz się tylko na przygotowywanie jedzenia we własnym domu – to również podszyte jest taką czy inną ideologią. I nawet, jeśli nie zdajesz sobie z tego sprawy, nie ma to znaczenia. Starbucks wybuduje studnie w Afryce za Twoje pieniądze, nie masz nic do powiedzenia. Przy okazji oczywiście wykorzysta studentów, płacąc im grosze, po to, by mogli podać kawę innym studentom, godzącym się płacić za nią krocie pieniędzmi swoich rodziców. Tak to już działa.

Wegetarianizm jest więc ideologiczny, co wydaje się jasne, ale podobnie ideologiczne jest jedzenie mięsa, na co mięsożercy już nie zgadzają się tak chętnie. Wynika to, jak mniemam, z popularnego przekonania, że normalność jest nieideologiczna. Że ideologia to coś nienormalnego, zwykle – negatywnego w swym odstępstwie. Może to dlatego, że pierwsze, szkolne kontakty z terminem „ideologia” łączą go w związki frazeologiczne typu „ideologia faszystowska” lub „ideologia komunistyczna” (gdzie ‚komunistyczna’ znaczy tyle, co ‚sowiecka’). W każdym razie przypisanie oponentowi (w tej sytuacji wegetarianom) ideologii, uważając siebie za bezideowego, jest stawianiem siebie na pozycji normatywnej, podczas gdy Inny staje się dziwakiem czy nawet: opętanym (przez ideologię, oczywiście). Opętanym, bo to, co mówi, nie jest jego prawdziwym („naturalnym”, to też lubiana przez mięsożerców kategoria) głosem a tylko głosem imputowanym w procesie wegetariańskiej indoktrynacji… czy jakkolwiek sobie to moi mięsożercy wyobrażają.

W jednym z wywiadów z lat 90. Henry Rollins powiedział, że nie rozumie wegetarian, bo świadomość tego, że jakaś krowa wykrwawiła się właśnie po to, by on mógł zjeść hamburgera – kręci. Ale to Henry Rollins, osoba specyficzna i nie zawsze mówiąca prawdę. Większość mięsożerców raczej nie podziela jego fascynacji.

Myślę, że z tego właśnie płynie ich werbalna agresja: jedzenie mięsa wiąże się z okrucieństwem wobec zwierząt, jest nie tyle naturalne, co prymitywne, jest naznaczone przemocą, egoizmem i całą kapitalistyczną dehumanizacją. Jedzenie mięsa wymusza zatem pewne wyparcie (ze) świadomości tego, co się z nim wiąże. Henry może myśleć o krówkach konsumując hamburgera, ale ludzie przy zdrowych zmysłach tego nie robią. Problem w tym, że wegetarianie stanowią zagrożenie takiego dyskursu wyparcia. Przypominają nam o wszystkim tym, o czym chcielibyśmy zapomnieć. I to niekoniecznie w sposób narzucający się – samo ich istnienie jest wystarczającym przypomnieniem. Agresja werbalna mięsożerców staje się formą obrony czy też prewencji przed (bierną) agresją wegetarian, Stąd te wszystkie mięsożerne emocje i głupie argumenty – rozpaczliwa próba wyjścia z niewygodnej sytuacji, uchronienie się przed świadomością własnego okrucieństwa.

RPGwałt

Opublikowany w „Dużym Formacie” artykuł Małgorzaty Łojkowskiej, Gwałt w grze, jak i jego zachwalanie przez Mariusza Szczygła (zastępcy redaktora naczelnego „DF”, ta funkcja podważa wszakże wiarygodność jego „zachwytów” nad tekstem), wywołała chwilowe zamieszanie w infosferze. Zamieszanie, które wydaje się ciekawe, nie tyle ze względu na jego temat, ile jednowymiarowe jego ujęcie.

Tekst pani Łojkowskiej dotyczył potencjalnej szkodliwości gier RPG (tych rozgrywanych w świecie realnym, nie komputerowym), które jej zdaniem prowokują – a przynajmniej stwarzają okazję – do agresywnych zachowań seksualnych wobec kobiet. Przytacza ona wstrząsającą (i brzmiącą mało prawdopodobnie) historię 16-latki, której postać z gry została zgwałcona w czasie jednej z sesji. Jej zdaniem odbiło się to na psychice dziewczyny nie słabiej, od prawdziwego gwałtu… Czytaj dalej

8 najczęstszych błędów konferencji naukowych

źródło: blogs.msdn.com/b/willy-peter_schaub/

Wraz z Piotrem Gorlińskim-Kucikiem pracujemy ostatnio nad organizacją konferencji naukowej „Literatura niesamowita”. O samej konferencji z pewnością jeszcze napiszę, dziś jednak chciałem podzielić się swoimi uwagami na temat tego, czego przy konferencjach naukowych należy unikać.

Brałem czynny udział w blisko dwudziestu konferencjach w rozmaitych ośrodkach naukowych, w podobnej ilości brałem bierny udział. Wyglądały różnie, odbywały się na różnych zasadach, jedne były większe, inne mniejsze, bardziej lub mniej ciekawe. Wszędzie zdarzały się błędy. Poniżej przywołuję listę 8 z nich, których frekwencja wydaje mi się najwyższa. W większości przypadków błędy te zauważalne są zarówno z perspektywy prelegenta jak i słuchacza.

Czytaj dalej

Zawód pisarza, zawodzenie pisarza albo zawód na pisarstwie

Kaja Malanowska (źródło: wyborcza.pl)

Zeszły tydzień w mediach okołokulturalnych należał do Kai Malanowskiej. Powieściopisarka wylała na Facebooku swoje żale związane z niesatysfakcjonującymi ją zarobkami  ze sprzedaży jej książki. W sumie, po 16 miesiącach pracy, na którą składało się faktyczne pisanie poprzedzone długimi miesiącami starannych przemyśleń (tak mniej więcej przedstawia to pisarka w wywiadzie dla naTemat), miała zarobić około 7.000 zł. Szczegóły tego, jak to się stało, że tylko tyle pieniędzy trafiło do kieszeni autorki, nie są specjalnie interesujące. Żale Malanowskiej skomentowali Kuba Żulczyk i Jacek Dehnel, z niewinnego wpisu na portalu społecznościowym rozgorzała wnet dyskusja na temat kondycji ekonomicznej polskiego pisarza i próby nakreślenia – nieraz absurdalnych – programów jej poprawy.

We wspomnianym wywiadzie, Malanowska narzeka na zarobki polskich pisarzy, dopatrując się źródeł tej tragicznej sytuacji w upadku czytelnictwa oraz dyskryminującej polityce kulturowej państwa. Postuluje objęcie autorów odpowiednią opieką rządową i realizację programu promocji czytelnictwa. Zastanówmy się nad zasadnością takich rozwiązań. Czytaj dalej

Czy uniwersytet potrzebuje filozofii?

Sporo się ostatnio mówiło o filozofii na polskich uczelniach. O jej znikaniu. I o potrzebie jej zachowania. Ponieważ nie widzę ani tego znikania, ani potrzeby zachowywania jej w formie kierunków stricte filozoficznych, pozwoliłem sobie na niniejszy wpis.

Dyskusja o dalszej akademickiej bytności filozofii została sprowadzona do kwestii ideologicznych. Każdy, kto miał okazję zajrzeć do ostatnio wydanej u nas książki Slavoja Žižka Rok niebezpiecznych marzeń wie, że w takiej sytuacji powinniśmy zwrócić się ku kwestiom ekonomicznym.

Sytuacja ekonomiczna studiów filozoficznych w Polsce jest nieciekawa, ale nie jest – unikalna. W nieciekawej sytuacji znajduje się cała akademicka humanistyka. Dzieje się tak z dwóch powodów: nałożenia opłat na drugi kierunek studiów i uzależnienie finansowania uczelni państwowych od ilości studentów (na uczelniach niepaństwowych jest to zjawisko, by tak rzec, organiczne). Czytaj dalej

Truchło księgarni tradycyjnych albo Ustawa o książce

Jak podała Gazeta Wyborcza, do sejmu trafił społeczny projekt ustawy o książce, w myśl której wydawane u nas książki miałyby zostać objęte specjalnym okresem ochronnym, gwarantującym sprzedaż detaliczną nowości wydawniczych po jednej cenie. Oznacza to, że każda nowa książka kosztowałaby tyle samo w każdym miejscu sprzedaży, przez pewien okres czasu (nie ma zgody, co do długości owego okresu, pojawiają się głosy optujące za 6, 12 czy nawet 18 miesiącami).

Nie chodzi o to, że wszystkie nowe książki kosztowałyby tyle samo. Cena książki zależna byłaby od kosztów wydawniczych i innych czynników. Ujednoliceniu uległyby tylko ceny konkretnego tytułu we wszystkich księgarniach. Nie powinno to znacząco wpłynąć na wyjściową cenę detaliczną książki. Wpłynie za to na wszelkiego rodzaju promocje i zniżki.

Projekt taki zgłosiła Polska Izba Książki. Jego realizacja leży w interesie księgarzy. Tych tradycyjnych. I tylko ich. Czytaj dalej